We arrived to Kochi on Tuesday morning. Tired, literally exhausted, endlessly watching baggage coming out on airport tray. It took an hour for our backpacks to come out. Phew, took a while… Driver was waiting for us outside, in very old but splendid car. Hotel transfer was a bit halicunogenic trip through India full of noise and chaos, crazy drivers, cows, but also guys going with crosses (there’s lots of Christians around!) and ferry journey down to Fort Kochi. I don’t clearly remember how we enter the hotel room, and took another 5 hours nap to come back to full brain power again.
Yes, we’re in Kochi. There’s no way we could possibly find any kind of excuse to not do it. Drunken clown’s dream has just started, and we have no choice but being part of it.
Fort Kochin is beautiful. I’m very glad and surprised. It’s not only the cleanest and the most organized place in India, but also the least crowded. I’ve got a feeling it’s not by accident, and is targeted into toursim to give some rest from general India’s craziness. For us it’s pretty good start before diving into organic, dirty, dusty and chaotic subburbs. Also, Kochi is famous for it’s cultural and colonial heritage. First colonized by Portugese, next by Dutch, it’s have even Jew district and Vasco da Gama’s tomb. In general, it all makes us very happy.
Marcin and I (Maciek), in the first evening were so missing our mate Jacek, coming next morning, that we became friends with other Jacek (Jack in English), Jack Daniels. The friendship was full on and intense, but saying goodbay ended up being rather painful… We decided to not seeing each other in near future and get ourselves more life space.
Jacek joined us the next morning, way too early, considering last night events. Ok, we’re all together now. Breakfast, nap and let’s go register! Direction is Blogatty Palace. But where the hell it is? The plan is to get a rickshaw driver to take us there. We go out in front of the hotel and … there we are, Rickshaw Run center is just next to our place. We meet Matt from The Adventurists, signing in and getting printed advice with directions to evening’s Q&A session (or just eating, drinking and talking rubbish). We get there later to meet up with bunch of crazy chaps, who surely will try to beat us, but will lost with (or without) grace.
Przylecielismy do Kochi we wtorek rano. Wymieci i wymeczeni, w nieskonczonosc ogladajac wyplywajace po tasmie kartony i bagaze. Wreszcie po jakiejsc godzinie pojawily sie i nasze plecaki. Kierowca juz czekal w swietnie zachowanej gablocie, cos w stylu polaczenia Syrenki i Warszawy. Transfer do hotelu to dla mnie nieco halucynogenna jazda przez indie pelne halasu, korkow, zwariowanych kierowcow, krow, ale takze drogi krzyzowej (jest tu wyjatkowo duzo chrzescijan) i przeprawy promem do Fortu Kochi. Wejscia do pokoju hotelowego juz dobrze nie pamietam, a pelnia zmyslow wrocila dopiero okolo godziny 17, do ktorej przedluzyla sie nasza poludniwa drzemka.
Tak, jestesmy w Kochi. Teraz juz nie ma zadnej opcji aby sie wycofac, nie ma szans odwrotu, teraz zadnej wymowki, musimy to zrobic. Sen pijanego klauna wlasnie sie rozpoczal, a my nie mamy innego wyboru jak tylko czynnie w nim uczestniczyc.
Fort Kochi jest piekny. Jest strasznie milo zaskoczony. Nie jest to jedynie najczystsze miasto w indiach jakie kiedykolwiek widzialem, ale takze najmniej zatloczone. Cos mi sie wydaje, ze to nie przypadek, a to ze turysci znajduja tu oaze spokoju zachece tylko do przyjazdu. A jak dla nas, jest to niezly start przed glebokim wejsciem w Indie, brudne, organiczne, zakurzone i chaotyczne. Do tego Kochi jest jeszcze o tyle slawne, ze najpierw kolonizowali to Portugalce, potem Holendrzy, jest i ulica zydowska z synagoga i grobowiec Vasco da Gama. Generalnie pelna kultura, i bardzo nam sie podoba.
Marcin i ja (Maciek) w tesknym oczekiwaniu na Jacka pierwszego wieczoru blisko zaprzyjaznilismy sie z innym Jackiem, Danielsem. Bylo go jednak za duzo, wiec przyjazn okazala sie szybka i intensywna, a rozstanie dosc bolesne. Postanowilismy nie spotykac sie przez jakis czas i dac sobie wzajemnie nieco przestrzeni zyciowej.
Jaca dolaczyl rano, wyrywajac nas z blogiego snu. Ekipa jest kompletna. Sniadanko, lekka drzemka i idziemy sie rejestrowac. Kierunek Bolgatty Palace. Tylko gdzie to do cholery jest? Plan jest taki aby zlapac ryksze i dac sie zawiezc. Wychodzimy przed hotel, rozgladamy dookola, … i juz jestesmy na miejscu. Centrum Rickshaw Run znajduje sie za sciana naszego ogrodu i tam poznajemy Matta z The Adventurists, i zapisujemy sie i juz jestesmy na liscie, ze wstepnymi informacjami w reku i glowach, i kierunkiem na wieczorna sesje Q&A (czyt. pic i jesc), gdzie poznajemy caly szereg innych wariatow co beda probowac z nami wygrac, ale za pewne im sie nie uda.
Wszystko tu dzieje sie zdecydowanie zbyt plynne, i jestem pewny, ze nie ma szans aby tak dzialo sie przez caly czas. A wiec dzis, tuz po sniadanku wychodze na taras, leniwie sie przeciagajac, i juz widze jak na plac boju podjezdza nasza dziewczynka, przystrojona i umalowana. Serducho zaczyna bic szybciej i biegniemy sie przywitac. Wyglada pieknie, uroczo, cudownie, i wyzywajaco. Pierwsze przymiarki, mierzenie rozmiaru, stabilnosc, gdzie plecaki? a plyn hamulcowy, aaa, ekscytacja i generalnie dzieje sie, ze hej. Ja trzaskam tego posta teraz na szybko a chlopaki rozkminiaja polaczenie twittera, trackowania nas na mapie i w ogole. Dzis pierwsze jazdy probne. Boom!bastics!